środa, 9 czerwca 2010

Długi weekend z dietą w tle


Rozkoszny długi weekend czerwcowy spędzony w gronie przyjaciółek w Sopocie – spacery, dyskusje, morze i ryby. Wspaniała pogoda. Mnóstwo śmiechu. Z dala od Warszawy i praca jako temat zakazany. Jednym z wiodących tematów były – nasze ulubione diety. Na tapecie – dieta proteinowa. Jedna z nas – w trakcie stosowania tejże właśnie. Ileż rozmów, przeliczeń, przygotowań. Pożegnań z lodami, pizzą i mojito.
Gdy w poniedziałek spróbowałam diety proteinowej (głównie nabiał i ryby, zakazane warzywa, owoce i reszta), doszłam do kresu. Nie urażając mam nadzieję nikogo, jeżeli służy – super. Do mnie dotarł absurd tegoż. Poczułam, jak bardzo te wszystkie diety (a poczytałam sobie niejedno tego dnia, społeczność internetowa pełna dobrych rad, przykładów i diet – cud) płyną z miejsca kontroli i do ciała – nienawiści. Nie jest to prawda obiektywna, ale subiektywna, moja własna na ten moment. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy byłam na głodówce, diecie proteinowej, oraz warzywnej, jadłam nabiał bądź go nie jadłam wcale, jako zakazany i śluzotwórczy, po czym w akcie buntu zjadałam nad morzem loda . Dzięki temu nagromadzeniu przeżyć w tym temacie, z dietami cud i nie – cud pożegnałam się na zawsze. Wszystkie one w moim odczuciu zakładały że ciało to wróg, jedzenie to wróg. Wróg, który mnie opanował, a więc muszę go zwalczyć, wszelkimi możliwymi sposobami. Skończyłam z tym. Raz na zawsze. Pierwsza moja dieta – kolonie odchudzające dla dzieci w wieku lat 10. Dietowa historia długa i pełna zawirowań. Na temat żywienia – mogę napisać, no, przynajmniej, ja wiem – doktorat? Żegnam ten kawałek mojej historii radośnie. Zapraszam do zabawy i życia ciało – przyjaciela. Ciekawe gdzie wylądujemy?
ps. wszystkim uczestniczkom weekendowej wyprawy dziękuję za przemiłe wspólne chwile, tonę zabawy i relaks do trzewi!
aga

0 komentarze:

Prześlij komentarz